Edycja konkursu na 2011 zakończona.
Gratulujemy zwycięzcom:
  • Marcie Jerzak, autorce najwyżej ocenionej pracy literackiej;
  • Aleksandrze Wiewiórskiej i Bożenie Tomczak-Wrona, autorkom wyróżnionych prac literackich.
czytaj więcej >>

Weź udział w konkursie literackim i wygraj gratisową wejściówkę na imprezę!

Picture

Masz wyjątkowe wspomnienia dotyczące koni?

Przeżyłeś niesamowitą  przygodę?

Masz wiele refleksji na temat natural horsemanship i masz coś do powiedzenia na ten temat.


Opisz to i wygraj!
Być może już tworzysz i chciałbyś pokazać światu swoje prace?



Czasami refleksja przychodzi po czasie, chcesz coś powiedzieć, wymienić opinie, ale nie masz akurat z kim. Natural horsemanship odmieniło Twoje życie. Dlaczego nie utrwalić swoich wspomnień i podzielić się z innymi dzielącymi tę samą pasję? Nie ma znaczenia czy będzie to opowiadanie czy krótki wiersz oddający Twoje przemyślenia.

Ubierz myśli w słowa i wygraj!


Co możesz zyskać?
  • najlepsze prace literackie opublikujemy na stronie www.myslacokoniu.pl, a jeżeli będzie ich wystarczająco dużo w specjalnym wydaniu zbioru opowiadań;
  • autorzy nie otrzymają honorarium, ale otrzymają po 5 -10 (w zależności od oceny jury) egzemplarzy autorskich;
  • autor najlepszej pracy otrzyma darmową wejściówkę na ‘Myśląć o Koniu’ 3-5.06.2011 , jedyną w Polsce imprezę dla pasjonatów natural horsemanship

Podziel się spostrzeżeniami dotyczącymi spotkań z natural horsemanship!

Zasady:
  • prace w formie wspomnień, opowiadań, fikcji, wierszy należy przesłać do dnia 15 maja 2011 roku włącznie;
  • prace należy przesyłać za pomocą formularza, który znajdziesz poniżej;

Picture

Prace uczestników:

"Dwadzieścia lat temu"-  S.Jurkowska: Moje pierwsze join-up

Zbrosławice, prawie dwadzieścia lat temu.

Właśnie zostałam instruktorem jazdy konnej i prowadzę pierwsza swoja grupę. Dzieciaki od siedmiu do dwunastu lat. Zapatrzone we mnie jak w obraz. Co powiem, święte jest. Jak szybko robią postępy, tak moje ego rośnie.

Myjemy kopyta koniom. Jeden z nich, Kabul, nie chce podejść pod wąż, z którego wściekle sycząc wypływa strumień wody. Dziewczynka, która na nim jeździła, nie potrafi sobie z nim poradzić...
Szarpie go za pysk, a Kabul zapiera się wszystkimi czterema kopytami i ani drgnie.
Zahipnotyzowany wpatruje się w „jadowitego węża”.

„Proszę Pani, proszę mi pomóc” - słyszę i ruszam do boju. Najpierw ciągnę jak osła... Nic... Potem walę po zębach wędzidłem... Nic... Szturcham go łokciem... Nic...

Mojemu ego każę się rozejrzeć i zarejestrować wpatrzone we mnie zachłanne oczy. Moje ego piszczy: „Uuuuu!!!! Nie możesz im pokazać, ze nie dajesz rady!!! No, dawaj, nie daj zrobić z siebie jelenia... Kabul musi mieć umyte kopyta, choćbym miała mu urwać szyję!!!”. Zapalają się złe ogniki w oczach: „No, Kabul... doigrałeś się!!! Teraz ci pokażę, co znaczy Pani Instruktor!!!”
Szarpię jak oszalała za wodze, waląc konia po zębach wędzidłem”... Nagle...

Moja dusza każę mi się rozejrzeć i zarejestrować wpatrzone we mnie zachłanne oczy... Moja dusza prosi: „Aaaach... Kochanie... Co ty pokazujesz tym dzieciom... Szaleju się najadłaś? Bóg cię opuścił? Ten koń się po prostu boi, a nie jest złośliwy, przecież musisz to wiedzieć... Co z tego, ze wszyscy go maja za leniwego, gryzącego i kopiącego potwora?”... Puszczam luźno wodze, odwracam się do niego przodem, delikatnie głaszczę po nosie i czole „Chodź, Kabul... umyjemy kopytka” szepcze do niego i posyłam mu obraz wody delikatnie zmywającej zmęczenie z obolałych nóg. Nagle...

Oczy Kabula przymykają się. Uszy luźno zwisają na boki, a z grzbietu spływa napięcie. Odwracam się i idę w stronę węża. Za mną na luźnej wodzy podąża Kabul. Bardzo luźnej... Bo czołem wtula mi się w ramię.

To było moje pierwsze join-up.


Sławomira Jurkowska


Ostatnia Galopada

Deszcz nie padał od kilku tygodni. Dźwięki fortepianu, dobiegające z kawiarni, przecinały gorące powietrze. Przechodnie snuli się po rynku i ocierali co chwilę kapiący z czoła pot. Ciała poddały się słońcu. Nie mogły się uwolnić spod jego ciężkiej stopy. Rano wymknęłam się na dworzec, żeby poczuć przyjemny chłód posadzki, podróżnych, wyperfumowanych kwiatową wodą toaletową i przeczytać na tablicy skąd dziś wszyscy przyjechali i dokąd za chwilę wyruszą. Nikt tutaj się nie zatrzymuje na dłużej.

Rynek pustoszeje wieczorem. Jest chłodniej i aż chce się biegać, przeskakiwać nad śmietnikami i kubłami kwiaciarek, uderzać pięścią w dzwon przy szkole i słuchać jego pustego brzęczenia. I dziś było tak samo. Na dworcu chłód, gwar podróżnych, ciągnących za sobą sznur walizek. Widziałam przez okno kawiarni pianistę, szykującego w popłochu nuty, aż rozsypały się wszystkie na podłogę. Ktoś dziś przerwał rytualną melodię miasteczka. Usłyszałam kastaniety, brzmienie skrzypiących kół. Stanęłam na równe nogi, obiegłam rynek. Nigdzie nie było śladu po nieznanych dźwiękach. Po chwili zrozumiałam, że te kastaniety, to muzyka końskich kopyt. Na rynku pojawił się dorożkarz w poszarpanej koszuli i zielonej kamizelce ze złotym guzikiem. Zatrzymał powóz przed fontanną, zsiadł i pił z niej razem z koniem, który zwiesił łeb nad wodopojem, niczym strapiony wędrowiec. Wyglądali jak bracia. Dwie te same dusze, obleczone w inną skórę. Woźnica odczepił wóz od konia, którego zad przypominał popiół rozpylony na białym obrusie. Wyciągnął z dorożki wór, a z niego jabłka i dał kilka swojemu towarzyszowi. Usunęli się w cień, mężczyzna usiadł na ławce, koń gryzł liście drzew, ale nie odchodził zbyt daleko od swojego właściciela. Łączyła ich niewidzialna więź. Wierzchowiec miał bujną, długą grzywę, ogon, spleciony w warkocz i oczy jak dwa węgle, o brylantowym błysku. Strzygł uszami uważnie, słyszał moje myśli lub czuł jak wędrują po jego grzbiecie. Spojrzał wprost na mnie, znieruchomiał. Ruszał szybko różowymi chrapkami. Wałach zrobił krok w moją stronę, ale niepewnie. Nie zdecydował się podejść bez wiedzy swojego przywódcy. Czule obwąchał śpiącego dorożkarza, któremu strącił z głowy czapkę. Rzuciłam kamieniem w stopy mężczyzny. Nie zareagował. Drugi raz. Podniósł leniwie powieki.

­ O co chodzi? - chrypnął

­- Co pan tu robi?

- Odpoczywam przed podróżą- podniósł czapkę i nasunął ją na twarz. Przed jaką podróżą, zastanawiałam się, odczepił wóz, a tutaj tylko pociąg jest przewoźnikiem dla wszystkich. Stanęłam przed zmęczonym podróżnym i kopnęłam go lekko w stopę.

- Dokąd się pan wybiera? – pytałam niecierpliwie

- Daleko - zadudnił spod czapki

- Odczepił pan wóz...

- W starożytności konie unosiły zmarłych do nieba - syknął patrząc na mnie złośliwie- to odczepiłem wóz. Wóz w tej podróży nikomu nie będzie potrzebny! - dalej patrzył na mnie spode łba. Koń nie przestawał jeść liści. Nagle twarz mężczyzny pociemniała i mogłam dojrzeć wszystkie jego zmarszczki, które przypominały wstążki gimnastyczki rzucone w górę i zastygłe w najdziwniejszych wzorach. Na plecach poczułam zimny pot. Zerwał się wiatr. Zebrały się czarne chmury, zaczęło błyskać. Tajemniczy mężczyzna zwinnym ruchem odbił się od ziemi i dosiadł swojego rumaka. Nie potrzebował ani wodzy ani siodła. Koń znów zarżał. Niebo grzmiało coraz głośniej.

- Wskakuj!- krzyknął woźnica- Wskakuj! To jest Parys! Polubił cię!- wyciągnął do mnie rękę, którą bez namysłu ścisnęłam. Siedziałam blisko szyi zwierzęcia. Objęłam ją ze strachu. Koń ruszył galopem przez rynek. Kątem oka widziałam jak w oknach domów rozbłyskują pioruny. Dudniło mi w uszach. Pędziliśmy jak wystrzeleni z procy, ku ciemności i ku światłu. Czułam siłę mięśni konia, jego głośny oddech. Gnaliśmy przez opustoszałe w czasie burzy miasteczko. Stukot kopyt cichł, zmieniał swoją barwę z głębokiej i niskiej w ostrą i metaliczną. Parys rozbijał gwiazdy w drobny mak, zrzucał niektóre z nich, przeskakując ustawione na niebie przeszkody. Odwróciłam głowę. Miasteczko przypominało drobną makietę, oglądaną pod mikroskopem. Dookoła smolisty mrok. Ciepło, bijące od zwierzęcia, rozluźniło mnie i w końcu zachciało mi się spać. Ukołysana rytmem galopu, zasnęłam z wizytówką szczęścia na twarzy.

Deszcz nie padał od kilku tygodni. Dźwięki fortepianu, dobiegające z kawiarni, przecinały gorące powietrze. Przechodnie snuli się po rynku i ocierali co chwilę kapiący z czoła pot. Ciała poddały się słońcu. Nie mogły się uwolnić spod jego ciężkiej stopy. Rano wymknęłam się na dworzec, żeby poczuć przyjemny chłód posadzki, podróżnych, wyperfumowanych kwiatową wodą toaletową i przeczytać na tablicy skąd dziś wszyscy przyjechali i dokąd za chwilę wyruszą. Nikt tutaj się nie zatrzymuje na dłużej.

Rynek pustoszeje wieczorem. Jest chłodniej i aż chce się biegać, przeskakiwać nad śmietnikami i kubłami kwiaciarek, uderzać pięścią w dzwon przy szkole i słuchać jego pustego brzęczenia. I dziś było tak samo. Na dworcu chłód, gwar podróżnych, ciągnących za sobą sznur walizek. Widziałam przez okno kawiarni pianistę, szykującego w popłochu nuty, aż rozsypały się wszystkie na podłogę. Ktoś dziś przerwał rytualną melodię miasteczka. Usłyszałam kastaniety, brzmienie skrzypiących kół. Stanęłam na równe nogi, obiegłam rynek. Nigdzie nie było śladu po nieznanych dźwiękach. Po chwili zrozumiałam, że te kastaniety, to muzyka końskich kopyt. Na rynku pojawił się dorożkarz w poszarpanej koszuli i zielonej kamizelce ze złotym guzikiem. Zatrzymał powóz przed fontanną, zsiadł i pił z niej razem z koniem, który zwiesił łeb nad wodopojem, niczym strapiony wędrowiec. Wyglądali jak bracia. Dwie te same dusze, obleczone w inną skórę. Woźnica odczepił wóz od konia, którego zad przypominał popiół rozpylony na białym obrusie. Wyciągnął z dorożki wór, a z niego jabłka i dał kilka swojemu towarzyszowi. Usunęli się w cień, mężczyzna usiadł na ławce, koń gryzł liście drzew, ale nie odchodził zbyt daleko od swojego właściciela. Łączyła ich niewidzialna więź. Wierzchowiec miał bujną, długą grzywę, ogon, spleciony w warkocz i oczy jak dwa węgle, o brylantowym błysku. Strzygł uszami uważnie, słyszał moje myśli lub czuł jak wędrują po jego grzbiecie. Spojrzał wprost na mnie, znieruchomiał. Ruszał szybko różowymi chrapkami. Wałach zrobił krok w moją stronę, ale niepewnie. Nie zdecydował się podejść bez wiedzy swojego przywódcy. Czule obwąchał śpiącego dorożkarza, któremu strącił z głowy czapkę. Rzuciłam kamieniem w stopy mężczyzny. Nie zareagował. Drugi raz. Podniósł leniwie powieki.

- O co chodzi? - chrypnął

­- Co pan tu robi?

- Odpoczywam przed podróżą- podniósł czapkę i nasunął ją na twarz. Przed jaką podróżą, zastanawiałam się, odczepił wóz, a tutaj tylko pociąg jest przewoźnikiem dla wszystkich. Stanęłam przed zmęczonym podróżnym i kopnęłam go lekko w stopę.

- Dokąd się pan wybiera? – pytałam niecierpliwie

- Daleko - zadudnił spod czapki

- Odczepił pan wóz...

- W starożytności konie unosiły zmarłych do nieba - syknął patrząc na mnie złośliwie- to odczepiłem wóz. Wóz w tej podróży nikomu nie będzie potrzebny! - dalej patrzył na mnie spode łba. Koń nie przestawał jeść liści. Nagle twarz mężczyzny pociemniała i mogłam dojrzeć wszystkie jego zmarszczki, które przypominały wstążki gimnastyczki rzucone w górę i zastygłe w najdziwniejszych wzorach. Na plecach poczułam zimny pot. Zerwał się wiatr. Zebrały się czarne chmury, zaczęło błyskać. Tajemniczy mężczyzna zwinnym ruchem odbił się od ziemi i dosiadł swojego rumaka. Nie potrzebował ani wodzy ani siodła. Koń znów zarżał. Niebo grzmiało coraz głośniej.

- Wskakuj!- krzyknął woźnica- Wskakuj! To jest Parys! Polubił cię!- wyciągnął do mnie rękę, którą bez namysłu ścisnęłam. Siedziałam blisko szyi zwierzęcia. Objęłam ją ze strachu. Koń ruszył galopem przez rynek. Kątem oka widziałam jak w oknach domów rozbłyskują pioruny. Dudniło mi w uszach. Pędziliśmy jak wystrzeleni z procy, ku ciemności i ku światłu. Czułam siłę mięśni konia, jego głośny oddech. Gnaliśmy przez opustoszałe w czasie burzy miasteczko. Stukot kopyt cichł, zmieniał swoją barwę z głębokiej i niskiej w ostrą i metaliczną. Parys rozbijał gwiazdy w drobny mak, zrzucał niektóre z nich, przeskakując ustawione na niebie przeszkody. Odwróciłam głowę. Miasteczko przypominało drobną makietę, oglądaną pod mikroskopem. Dookoła smolisty mrok. Ciepło, bijące od zwierzęcia, rozluźniło mnie i w końcu zachciało mi się spać. Ukołysana rytmem galopu, zasnęłam z wizytówką szczęścia na twarzy.

Iga Gierblińska

Z punktu widzenia arabki


Koń z plakatu

 ".. Ona osiodłała mnie i po krótkim spacerku pognałyśmy przez łąki, to znaczy ja galopowałam, a Ona starała się nie przeszkadzać siedząc na moim grzbiecie. Lubię takie wyprawy, wiatr rozwiewa długą grzywę, zapach ziół w nozdrzach, stłumiony tętent moich kopyt w trawie. Za wzgórkiem usłyszałam i zobaczyłam duża maszynę, która zbierała dla nas koni jedzenie na zimę.  Nagle poczułam znajomy mi zapach sarny, zdążyłam prychnąć UWAŻAJ !!! i w tym samym momencie wyskoczyła mi prawie spod kopyt piszcząc ze strachu przerażona ruda "siostra". No tak mała jest, dzika boi się wszystkiego. Nie to co ja. Ona uczy mnie odwagi każdego dnia. Dobra z Niej przewodniczka, chociaż lubię Ją sprawdzać od czasu do czasu. Musi być czujna żebyśmy przeżyły. I tak płosząc po drodze zające dogalopowałyśmy w odwiedziny do sąsiedniej stajni.  Ona witała się z jakimiś Ludźmi też pachnącymi stajnią i końmi, a ja stąpałam ostrożnie rozglądając się dookoła-nigdy nic nie wiadomo.

I nagle zobaczyłam  konia. Był mniejszy ode mnie, był nawet mniejszy od mojej koleżanki kucyczki Figi, którą lubię czochrać. Ale to był koń! Podeszłam blisko ściany do której był przytulony i postanowiłam się grzecznie przywitać.  Wącham i wącham ale on jakiś dziwny nie odpowiadał.  Dotknęłam chrapą jego chrapy, zaczęłam przymilnie pofukiwać i nic. Nie ruszał się, nie oddychał- był płaski !!! Usłyszałam Jej śmiech, speszyłam się. A Ona pogłaskała mnie po szyi i powiedziała, że jestem magiczna, bo usiłowałam swoim tchnieniem ożywić konia z plakatu  ......"

Bożena Tomczak-Wrona


Z punktu widzenia arabki


Raj na Jurze

Wróciłyśmy, jestem pełna wrażeń i wspomnień, okazało się , ze koński świat jest większy niż moja stajnia, pastwiska, wspólne tereny które przemierzam razem z Nią , wspólna praca na ujeżdżalni. Żuje sobie znajomo pachnące siano w moim boksie, obok mnie stoi Małopolanka moja jedyna końska przyjaciółka, doświadczona klacz należąca do naszego stada., która niecierpliwie czekała na mój powrót i na moje opowieści z podróży.

Zaczęło się niewinnie, po prostu pewnego dnia wieczorem Ona weszła do mojego boksu i powiedziała że czeka nas rajd ?? zaniepokoiłam się, chyba nie chodzi jej o to miejsce gdzie konie odchodzą na wieczne pastwiska do Końskiego Raju. Była uśmiechnięta ale ja czułam, ze jest podniecona i trochę zdenerwowana, na szczęście tylko trochę. Noc przespałam, śniło mi się, że galopujemy razem z Nią po łące i nagle we śnie zobaczyłam mamę, była taka spokojna, stała na tle nieba i cichutko do mnie zarżała. Powiedziała, ze mam być dzielna, dbać o swojego człowieka, bo ona już odeszła na wieczne pastwiska i   na świecie mam już tylko tą jedna jedyna osobę dla której jestem najważniejsza. Powiedziała, że będzie nade mną czuwać tam z góry razem z moim końskim Aniołem Stróżem, ze spotkała mojego tatę i należy do jego stada, że jest szczęśliwa, zdrowa i że trawa na niebiańskich pastwiskach pachnie tą ziemską. Obudziły mnie jakieś hałasy, wstałam, podeszłam do drzwi boksu i zobaczyłam Ją – mojego człowieka. Naprzeciwko stajni stała podpięta do auta przyczepa. No nie ….tylko nie to! Była to ta sama przyczepa którą przyjechałam ze stadniny. Chyba nie ma zamiaru odwieźć mnie z powrotem???  Ten sen … mama powiedziała, że tylko przy Niej mogę przeżyć.

Wyprowadziła mnie z boks i poprosiła żebym za nią weszła, wcale nie miałam na to ochoty, a do tego Małopolanka kopała w drzwi boksu.. „nie jedź, nie jedź..nie zostawiaj mnie” Co tu robić, iść za przywódczynią czy posłuchać instynktu i nie wchodzić do tej ciemnej małej pieczary która na dodatek przypomniała mi znienawidzoną bramkę startową na wyścigach z której trzeba było wystartować pełnym galopem i gnać do  utraty tchu wbrew sobie, wbrew prawom natury które buntowały się przed takim wysiłkiem w młodym wieku pod uwierającym grzbiet siodłem. Nikt się mną wtedy nie przejmował, byłam  anonimowym  koniem w ludzkiej machinie żądzy zwycięstwa. A dziś Ona chce żebym za nią weszła-chyba wie co robi? Zaryzykowałam. Za mną zamknęła się klapa przyczepy i …zaczęłam żałować że dałam się namówić na wejście do niej. Małopolanka rżała rozpaczliwie, Ona przywiązując mnie w przyczepie  uspakajała, że niedługo wrócimy, ja rżałam do Małopolanki, żeby czekała na mój powrót.   Trudno w takiej chwili zwątpienia trzeba  pokazać, że araby są dzielne.

Przyczepa zakołysała się i ostrożnie ruszyła. Jedziemy na rajd ??!!, obok mnie wisiała siatka z sianem- zaczęłam skubać -żucie uspakaja i zerkałam przez małe okienko. Widziałam przesuwające się, zielone gałęzie drzew , niebo, dachy ludzkich stajni, słyszałam stłumione warkoty aut. Jak to dobrze, że konie nie mają poczucia czasu. Moja arabska dzielność powoli mnie opuszczała, było ciasno i gorąco. Czułam jak sierść stawała się coraz bardziej mokra od potu, i ten wypełzający niewiadomo skąd niepokój rozdygotał moje ciało.  Co prawda parę razy zatrzymywaliśmy się, Ona zaglądała do przyczepy, uspakajała głaszcząc mój zad i pocieszała, że już niedługo będziemy na miejscu. Co to znaczy niedługo???...i co dalej/

Nagle poczułam zapach koni, przyczepa stanęła, a Ona wraz z promieniami słońca pojawiła się przed moim pyskiem wychodząc z takiego małego otworu. Uff dojechałyśmy szczęśliwie powiedziała uśmiechając się. No nie wiem wygodnie nie było, już nie dam się nabrać ponownie na taką przejażdżkę - zostajemy tutaj!   Powoli cofając się na Jej prośbę ostrożnie wyszłam z otwartej już  przyczepy. Od razu zobaczyłam trawę i szybko zaczęłam skubać-żucie uspakaja, Ona zmartwiona, że tak się spociłam, a wieje wiatr nakryła mnie derką, Chyba trochę przesadza z tym zatroskaniem ale taka jest rola przewodniczki, musi dbać o moje bezpieczeństwo więc na pewno nic złego mnie tu nie spotka. Dookoła nas pojawiła się grupka Ludzi, wszyscy pachniali stajnią, końmi uśmiechali się witając z nami -czyli to stado jest nam życzliwe. Poszłam za Nią ciekawie rozglądając się , byłam trochę zmęczona i podniecona tą cała sytuacją ale jej spokój … niewiele z tego wszystkiego rozumiałam ale czułam, że bardzo jej zależy żebyśmy dobrze wypadły postanowiłam, że zachowam się z godnością. Zaprowadziła mnie na taki mały wybieg gdzie było dużo piasku,   zobaczyłam za płotem konie uważnie się nam przyglądające. Ona zdjęła mi derkę i…..uklękła, zaczęła rozkopywać dokoła piasek uśmiechając się do mnie. Za to Ją lubię, wie czego potrzebujemy po takiej podróży, pokręciłam się w kółko i dołączyłam do Niej. Tarzałyśmy się, a właściwie to chyba tylko ja się wytarzałam,  Potem było wielkie otrzepywanie  prychałyśmy i ocierałyśmy się o siebie. Powiedziała, że teraz mam  porozmawiać z końmi, a ona idzie sobie porozmawiać z Ludźmi. Podeszłam do płotu ale jakoś nie potrafiłam nawiązać z nimi kontaktu…hmm, może jestem nietowarzyska. Nic ciekawego się nie działo, trawy nie było, pospacerowałam, porozglądałam się i trochę- zaczęło mi się nudzić. W końcu znalazłam i wykopałam z piasku kamień, przewracałam go noga,  polizałam potem poprzesuwałam go nosem i znowu poprzewracałam nogą, wytarzałam się i zaczęłam niecierpliwie krążyć  nasłuchiwać, czekać na |Nią. Uff , pojawiła się, dostałam marchewkę i zaprowadziła mnie do boksu w stajni  tak różnej od mojej  ale przytulnej i pełnej smakowitej słomy. Ona przyniosła siano, obrok i wreszcie mogłam się napić po podróży. Krotka drzemkę przerwały mi jakieś hałasy, nawoływania, skrzypienia i stukot kopyt. Obok w boksie pojawił się  gniady arab, co prawda pachniał inaczej jak to wałach ale był bardzo miły, tylko oczy miał bardzo smutne. Nerwowo rozglądał się po boksie, na pewno wypatrywał swojego Człowieka ale kiedy ten wszedł do środka gniady wcale się nie ucieszył, jakie to dziwne, a ja myślałam, że każdy arab który ma swojego Człowieka jest szczęśliwy. Stałam żując siano i obserwowałam, nie było miedzy nimi więzi, ich mowa ciała była chaotyczna. Arab westchnął z ulgą gdy jego Człowiek wyszedł, zresztą ja też. Nic nie mówiłam bo czułam, że musze poczekać aż będzie gotów do zwierzeń.

Potem przestałam nad tym wszystkim rozmyślać, bo Ona wyprowadziła mnie ze stajni na tutejsze pastwisko. Oniemiałam tak bardzo to co widziałam za ogrodzeniem przypomniało mi pejzaż z rodzimej stadniny. Podobne łąki, podobne kolory tylko zapach był inny- ziemia pachnie tu inaczej. Ale Ona pachniała jak zawsze sobą i to mnie uspokoiło. Moją uwagę przyciągneły jakieś przesuwające się w oddali małe punkciki, obserwowałam je –trzeba być czujnym. Potem pochodziłyśmy razem z  wzdłuż ogrodzenia i zaczęłam się paść. Pasłam się i pasłam aż po mnie wróciła i znowu zaprowadziła mnie do stajni.

Zapadał zmrok z drzemki wyrywały mnie Jej wizyty.  Sprawdzała czy dobrze się czuje w nowym miejscu, powiedziała że rano jedziemy na długą wyprawę, to znaczy na ten rajd z innymi końmi i ich Ludźmi więc mam się porządnie wyspać ale jak? gdy już kilka razy mnie obudziła. W końcu usiadła przy mnie na słomie, oparła się o ścianę boksu, przez okno wpadł promień księżyca, wiał wiatr, stanęłam nad Nią żeby być bliżej swojego Człowieka i tak sobie drzemałyśmy i drzemałyśmy. Nawet nie wiem kiedy cichutko wyszła.

 O poranku zobaczyłam Ją uśmiechnięta niosąca dla mnie obrok, oprócz owsa było dużo różnych  kawałeczków-słodkich, kwaśnych, pachnących i smacznych. Przez kratkę łakomie zaglądał gniady, który zjadł swój owies wcześniej. Musiałam się odsunąć, bo przez pręty lizał mi uszy. Wogóle co to za maniery?, poza tym jestem koniem i nie mam zamiaru dzielić się jedzeniem.   

Z mojego boksu mogłam obserwować przez otwarte drzwi stajni Ludzi. To dziwne, że oni zamiast mową ciała porozumiewają się rżeniem co nazywają rozmową. Ich emocje są tak różne od naszych………………….

Z czasem tych rozmów, gwaru było coraz więcej, podniecenie udzieliło się również nam w stajni, nawet gniady ożywił się i nieśmiało zaczął dopytywać co też tam przed stajnia widzę.

Ludzie ubrani jak na jazdę zaczęli przynosić siodła, ogłowia. No nareszcie będzie się coś działo, bo jak długo można stać w boksie przy takiej pięknej, słonecznej pogodzie, a ponieważ nie zapowiadało się wyjście na pastwisko, to poruszam się pod siodłem. A że Ona zadbała o baaardzo wygodne siodło dla mnie więc z niecierpliwością czekałam co też dziś się wydarzy w naszym  wspólnym końskim życiu. ……

Bożena Tomczak-Wrona

Z punktu widzenia arabki


  Świat jest baaardzo dziwny.

Najpierw długo było ciepło, ciemno ale coraz ciaśniej, słyszałam jakieś tajemnicze głosy, coś   mnie często kołysało raz wolno raz bardzo szybko.   I nagle to coś zaczęło mnie ściskać, wypychać… ajjj. Otoczyła mnie jasność było dużo miejsca ale jakoś zimno, mokro na wszelki wypadek szybko wstałam na nogi. Poczułam przyjemny zapach, nie wiem dlaczego ale od razu wiedziałam, że to Mama. Oblizywała mnie wilgotnym językiem i  popychała nosem. Niezgrabnie przytuliłam się do jej boku.  W poszukiwaniu utraconego ciepła schowałam głowę pod jej brzuch i nosem natrafiłam na coś miękkiego pachnącego. To było to- ciepłe mleko.  Urodziłam się.  Jestem na świecie oszołomiona mokra, Ktoś  wyciera mnie słomą i mówi, że dziś jest Nowy Rok.

Mama była przy mnie wszędzie. Cierpliwie pokazywała cały świat, ciocie i Ludzie z ciekawością zerkali do naszego boksu, a ja skakałam, brykałam żeby widzieli jaka jestem dzielna. Z każdym dniem byłam coraz silniejsza. Mama cichutko mówiła, że już niedługo będę miała towarzystwo innych źrebaków i dużo miejsca do zabawy. Pewnego dnia Ważny Człowiek powiedział, że dziś wypuszczają nas na pastwisko -co to znaczy???....Słońce, koleżanki, ciocie i łąki do biegania. Hmmm ciekawe. Mama cały czas mi powtarza - nie bądź taka ciekawska i dociekliwa, nie wkładaj wszędzie swoich chrapek nie wszyscy ludzie to lubią. Powiedziała, że jestem nieposłuszna, a w końskim świecie panują zasady, których mam się od niej uczyć żeby nie było żadnych kłopotów. Co to są te „zasady i kłopoty”? Trzeba być spokojnym, dać sobie zakładać kantar, dać się przywiązać, pozwolić się wszędzie dotykać, iść gdzie każą...ale dlaczego ?  Mama miała coraz mniej mleka., a ja chciałam jeść i jeść. Pewnego dnia Człowiek przywiązał mnie na uwiązie przed czymś co nazywa się żłobem. Poczułam jakiś apetyczny zapach. Zanurzyłam nos i prychnęłam, bo coś łaskotało, weszło mi do chrap, polizałam, to było to co konie lubią- owies, od tego dnia codziennie dostawałam swój osobisty obrok.

Na pastwisku było wesoło i czas z koleżankami upływał nam na bieganiu, brykaniu i odpędzaniu się od natrętnych chłopaków. Bo my klacze to jesteśmy takie prawie grzeczne, a oni tylko by podgryzali, przepędzali albo obkopywali kogo popadnie-nawet ciocie.. Pamiętam  jeden wiosenny dzień. Usłyszałam nad głową jakiś szelest, a słuch to my mamy, że ho ho. Czasem jest on przyczyną kłopotów i narzekań Człowieka, że się płoszymy. A co mamy robić, słyszymy podejrzane szelesty, to uciekamy jak nasi przodkowie w obawie przed napaścią drapieżników. Nigdy nie wiadomo skąd przyjdzie zagrożenie. Trzeba być czujnym. Mama od razu nauczyła mnie, że w stadzie mam patrzeć co robi  przewodniczka. Doświadczona mądra klacz. Jak spokojnie się pasie, można  brykać, jak niespodziewanie podnosi głowę i nasłuchuje mam podbiec do mamy, jeżeli zaczyna uciekać całe stado nie oglądając się ucieka w ślad za nią. Dużo tych sygnałów do  zapamiętania w końskim świecie.

A wiec spojrzałam na niebo po którym coś leciało. To ptak  powiedziała mama-   ale dlaczego ja tak nie mogę?, nie jesteś ptakiem- ale ja chcę.  Rozpędziłam się biegnę coraz szybciej coraz szybciej i naglę czuję, że odrywam się od ziemi czterema nogami lecę…?? Nie, czuję trawę pod kopytami, próbuję znowu i znowu.  Tą krótką króciutką chwilę jestem ptakiem. Co za wspaniałe uczucie wolność , lekkość. No tak ale konie nie są stworzone do latania, jakie to dziwne.

Jeżeli nie mogę latać będę patrzyła na ptaki. Gdzie one lecą ? Zadajesz za dużo pytań jak  zwykle odpowiada mama- ja też nie wiem dokąd lecą dodaje jakoś tak nostalgicznie.

Czas szybko mijał, byłyśmy już prawie dorosłe. Dawno skończyły się wspólne wyprawy na pastwisko w towarzystwie cioć i mamy. Niektóre z nas wróciły ze szkolenia na torach wyścigowych. Dziwnie tam było i samotnie. Najbardziej cieszyły się z wyścigów chłopaki,  im zawsze w głowie jakaś rywalizacja. Prężyły się, stawały dęba i prześcigały w pomysłach żebyśmy choć na chwilę popatrzyły w ich kierunku. A gdy już któraś z klaczy zarżała na dzień dobry do wieczora wykłócali się w boksach do którego z nich to rżenie było skierowane.

  Pewnego letniego dnia w stadninie masztalerze zaprowadzili wszystkie klaczki z naszej stajni na myjkę , Coś się pieniło, dziwnie pachniało, już nie miałam piasku pod sierścią tylko wodę w chrapach, którą starałam się szybko wypychać.  Byłam czyściutka, moja grzywa i ogon lśniły. Ciekawe kiedy znowu będzie się można spokojnie wytarzać?

Przetarg -rozniosło się po stajni. Zaniepokoiłam się, do tej pory pastwisko i boks były moim miejscem na świecie. Starsza od nas klaczka wyjaśniła o co chodzi. Przyjeżdżają ludzie i zabierają źrebne klacze do swoich stajni. Tu z pogardą spojrzała na mnie, a za nią inne klacze.  Wiem nie byłam źrebna, nie udało się powiedział pewnego dnia Najważniejszy Człowiek. Spuściłam głowę i zaczęłam sobie przeżuwać siano –koń jak żuje to się uspakaja. Cokolwiek to znaczy, że nie jestem źrebna chyba nie było to coś dobrego.

Przypomniało mi się, że ciocie na pastwisku chwaliły się swoimi źrebakami, kochały je całym swoim końskim sercem. Maluchy ganiały z ogonami w górze ścigając wiatr, pytałam co dalej dzieje się ze źrebakami jak wyrosną, nie wiedziały. Po prostu pewnego dnia dzieciaki znikały z ich życia, a klacze instynktownie czekały już na następne. Obrywało mi się, że zadaję za dużo pytań - jak zawsze. Teraz już wiem trochę więcej ale co dalej?

Do naszej stajni weszli Ludzie, dużo obcych Ludzi. Jesteśmy krótko przywiązane przy żłobach żeby przypadkiem którejś nie zachciało się wytarzać w słomie przed tym przetargiem. Pełna dyscyplina. Ludzie pachną dziwnie mocno, ich zapach drażni moje nozdrza, czy oni nie wiedzą, że mamy czuły węch? Co innego zapach siana, słomy, owsa ale silny duszący  zapach drapieżnika jest niepokojący. Na przeciwko mojego boksu zatrzymuje się Ona. Czuje jej wzrok na sobie, czuję jej zapach delikatny jak świeża trawa. Nagle nasze oczy spotykają się i przeszywa mnie dreszcz. Ona patrzy w głąb mojej duszy, przenikliwym wzrokiem dociera do jej najgłębszych zakamarków, nie boję się. Pierwszy raz wiem, że  Człowiek stara się mnie zrozumieć. Patrzę czujnie w te oczy, nie unikam spojrzenia chociaż my konie nie lubimy patrzeć w oczy drapieżcom ale Ona jest inna. Powoli jej oczy zakrywa mgła i coś mokrego spływa po Jej policzkach. -Jesteś piękna, jesteś moim niespełnionym marzeniem, jesteś taka jaką widziałam Cię w swoich snach szepcze do mnie cichutko. Nie wyciąga do mnie ręki, skąd wie, że po torach nie lubię jak ktoś dotyka mojego pyska ? Skąd wie, że wystarczy westchnienie żeby wyrazić swoje uczucia? Jest mi dobrze, czuje się jak kiedyś gdy moja mama szeptała mi do ucha -jesteś piękna jesteś dla mnie najważniejsza. Podchodzi jakiś Mężczyzna otaczaj Ją ramieniem i pyta -czy Jej się podobam i czy chce mnie mieć. Co to znaczy, czy nie mogę zostać w stadninie, dlaczego? Co się dzieje, czy byłam niegrzeczna i już nie ma tu dla ,mnie miejsca? A jeżeli tak, to czy Ona zabierze mnie ze sobą, przecież jestem gorsza- nie jestem źrebna, co ze mną będzie? Jak to- jeszcze nie jestem jej dlaczego???  

 Ludzie powoli wychodzą ze stajni Ona też znika nie odwracając się, jeszcze raz przechodzą mnie dreszcze.  Masztalerze wyprowadzają nas ze stajni, stoimy, biegamy, a Ludzie klaszczą. Najważniejszy Człowiek opowiada o naszych rodzicach dziadkach. Koniec –wracamy do boksów. Co dalej, denerwuje się, a klaczki obok żartują, że jestem nieźrebna wiec nikt mnie nie zechce. Czy to moja wina? Jem pachnące siano-konie jak żują, to się uspakajają.  Słyszę że otwierają się drzwi boksu, ktoś siada na stercie słomy, powoli czujnie odwracam głowę. To Ona!!! Oczy ma znowu zasnute mgłą, coś kapie na siano, co to jest?  wącham jej twarz i czuje zapach soli, zlizuję tą słona rosę z jej policzków. Powoli głaszcze moje nogi.

Jesteś moja, a ja jestem twoim osobistym Człowiekiem. Mój ojciec kiedyś powiedział, że konie mamy zapisane w gwiazdach i odnalazłyśmy się mówi. Magiczna chwila w której podaj mi na dłoni kostkę cukru -słodycz i znów spotykają się nasze spojrzenia. Ogarnia mnie wielki spokój. Długa droga przed nami, nie znam jej ale czuję, że Ona jest od tego momentu kimś najważniejszym w moim życiu, czuje się bezpiecznie, obwąchuję jej włosy, ręce. Jest cicho i ciepło. Dlaczego wychodzi? Mężczyzna czeka na nią przed boksem-spełniłeś moje marzenie, czekałam na tą arabkę dwadzieścia lat. Uśmiecha się do Niego i objęci odchodzą. Czy dwadzieścia lat to długo?, chyba tak bo ciotki mówią, że rzadko spotyka się dwudziestoletnie konie. Czekaj na mnie przyjadę..  rzuca jeszcze prze ramię ...Klacze patrzą zdziwione, a ja dumnie potrząsam grzywą, czuję, że odnalazłam swojego Człowieka, tego jednego jedynego na dobre i złe, na wielką niewiadomą....tylko  kiedy po mnie przyjedzie i co dalej???

Jest !!!!, poznaję jej głos wiem, że przyjechała do mnie, nie zapomniała. Słyszę jak rozmawia z masztalerzem , niecierpliwie przebieram nogami, boks jest jakiś mały, krążę, pogryzam siano-żucie uspakaja. No szybko, szybko-wchodzi, uśmiecha się, wącham jej rękę, czuję znajomy już  zapach. Tak naprawdę to nie wiem czym Ona pachnie? Jakieś nowe doznanie ale jest  miłe, bezpieczne. Zapach nowego  innego życia, które jest dla mnie wielką niewiadomą.

Wśród arabów przekazywane są z pokolenia na pokolenia Wielkie Mądrości, które pozwalają nam przetrwać i zrozumieć świat. Są to też dzieje  poprzednich pokoleń, historie naszych przodków. To co było świetnością naszych rodów i ich tragedia, wspólnymi splatającymi się losami koni i ludzi. Tą wiedzę otrzymujemy jako Dar. Często Człowiek nie jest świadomy jak wiele o nim wiemy,  o jego sile, słabościach, dobroci i okrucieństwie. My konie jesteśmy ostrożne, bacznie obserwujemy i cały czas uczymy się po cichu jak żyć u jego boku.  Ktoś powiedział, że arab jest koniem magicznym i nie każdy może dotrzeć do jego duszy, że to koń jednego jeźdźca.  Sekretem dotarcia do naszej nieokiełzanej duszy jest mądrość Ludzi, ich umiejętność rozmowy z nami, a nie zniewalające nas wydawanie rozkazów. Ważny jest czas który z nami spędzają - duuużo czasu na przyjaźń i pracę. I przychodzi taki dzień kiedy nagle Człowiek dociera do naszej arabskiej duszy, jest to dzień wspólnego przebudzenia. Arab zaufał Człowiekowi-Człowiek zaufał arabowi. To jest wolność we dwoje. Czy Ona to potrafi?, czy ja jestem tym wybranym przez Proroka koniem, który potrafi pokazać Człowiekowi nasz świat, otworzyć przed nim duszę. To wielka odpowiedzialność dla młodej klaczy. Czy będę tego chciała, a może zamknę się w sobie nie okazując uczuć, bo tak jest bezpieczniej żeby przetrwać? Mama często strofowała mnie, że jestem zbyt ciekawska, zbyt bystra, uparta, że  powinnam być  bardzo ostrożna, bo łatwo mnie zranić. Świat jest dziwny.

Rozmyślam o tym wszystkim i obserwuję stajenny korytarz. Ona wchodzi do boksu, a za nią wbiega jakiś mały rozczochraniec, coś  białego-drapieżnik!!???, fukam ostrzegawczo ale chyba nie mam powodów do obaw. Jestem Max- przedstawił się machając ogonem. Ten śmieszny, nastroszony terrier, od razu mi się spodobał. Okazał się, że jest strasznym gadułą. Bezceremonialnie obsikał moje siano i położył się pod moim brzuchem. Wyciągnął łapy i z wyższością cechująca małe drapieżne powiedział –pytaj o co chcesz. Łatwo powiedzieć ale od czego zacząć? I tak rozpoczął się nowy rozdział w moim arabskim życiu…

Z ostatniej chwili:

Moje życie zmieniło się nie do poznania. Jest zima, Ona siodła moja przyjaciółkę jednocześnie uśmiechając się do mnie tajemniczo. A ja i tak wiem co to oznacza, jedziemy w teren! To znaczy One jadą, a ja  swobodnie biegnę razem z nimi. Bardzo lubię takie wyprawy. Kiedyś tam wcześniej ustaliłyśmy zasady panujące w naszym stadzie. Ona ustaliła- przekonała nas, że jest dobrą klaczą przewodniczka. Co prawda czasem sprawdzam czy nadal można jej ufać, bo w końcu my araby lubimy znać swoje miejsce. 

Dookoła pola, zdążyłam się już wytarzać po drodze w śniegu  i słońce skrzy na mojej mokrej gniadej sierści. Kłusujemy sobie spacerkiem po horyzont. Nagle słyszę z tyłu jakiś tętent, szybko obracam się . Widzę nadbiegający olbrzymi tabun, to spłoszone sarny wypadły z zagajnika. Uciekajcie –krzyczą mową swego ciała. Co robić? Nie pamiętam jak to się stało- galopuję razem z sarnami z rozdętymi chrapami, rozwiana grzywą i jakaś dzikością w sercu. Nogi unoszą mnie coraz szybciej, odrywam się od ziemi- lecę???!!! Jestem ptakiem!!

I jak w dzieciństwie kopyta dotykają śniegu.  Kłusem wracam do Niej, opuszczam głowę na znak szacunku i oblizuję wargi. Moje stado czeka na mnie. Ona uśmiecha się. Widzę w jej oczach podziw i czułość.

 Świat jest baaardzo dziwny.

Bożena Tomczak-Wrona

BLOKERS CZYLI JAK KONIE ZMIENIŁY MNIE NA LEPSZE

Dzieciństwa nie miałem łatwego, ciągłe awantury, alkohol i katowanie rodziny przez ojca było na porządku dziennym ... czyli standardowy opis patologicznej rodziny. We mnie było coś innego. Możliwe, iż z braku miłości w rodzinie, me uczucia przelewałem na zwierzęta. Gdy inni gonili między blokami, ja wolałem dokarmiać gołębie, zawsze potrafiłem podejść do psa, do którego nikt nie był w stanie się zbliżyć. To była taka moja chwilowa ucieczka od rzeczywistości, by ponownie po chwili wrócić w okowy rodzinnego piekła. W wieku 17 lat u sąsiadów miałem mniemanie bandyty, chuligana i wszystkiego co najgorsze w marginesie społecznym. Zionąłem do nich nienawiścią, gdyż to oni byli dla mnie marginesem, przez lata patrząc jak ojciec nas katuje, nie reagowali, a ich szydercze spojrzenia i podśmiechiwanie się, utknęły mi w pamięci, nie pozwalając zapomnieć o tym co było. Kilka lat później nadal byłem tym złym i okropnym człowiekiem z blokowiska, poznałem wtedy dziewczynę. Na ten czas mógłbym rzec, iż dziewczynę z innego świata. Dla mnie świata jak z bajki. To dzięki niej pierwszy raz miałem do czynienia z końmi. Pracując jako instruktor jazdy konnej w stadninie, zabierała mnie tam ze sobą, a przyznam szczerze, iż panicznie się bałem tych potężnych „żywych maszyn”. Wystarczyło, że koń tupnął nogą, a ja odskakiwałem, jakby co najmniej mnie prąd kopnął :D. Z perspektywy czasu sam się z siebie śmieje, lecz wtedy to było coś dla mnie strasznego. Po około trzech tygodniach przebywania tam, zostałem stajennym , wszystkie zasady jakimi się do tej pory kierowałem, poszły w kąt, wszystkie wartości jakie miałem wpojone, zniknęły bezpowrotnie. Zacząłem uczyć się życia na nowo, tak jak niemowlę stawia pierwsze kroki, tak i ja je robiłem w nowym świecie. W otoczeniu miłości i zgodności, bez przemocy i nienawiści. Poznając zachowania stadne, stałem się częścią tej wielkiej rodziny, rodziny, w której szacunek był obustronny. Oczywiście w stadninie trafiła się osoba, która chciała rządzić wszystkim i wprowadzała wiele zamieszania. Pewnego razu wypuściłem konie na padok, aby posprzątać boksy. Jeden koń miał iść na trening, lecz osoby na nim jeżdżące się spóźniały, więc postanowiłem wypuścić i tego konia, aby sprzątnąć boks. Nagle zjawili się spóźnialscy, a pani M chcąc wykorzystać sytuację, aby kolejny raz kogoś skłócić pobiegła do nich powiedzieć, że celowo to zrobiłem, aby ich córka nie jeździła, fakt iż kobyłka była dość niesforna i lubiła bawić się w ganianego po padoku i zawsze się śmiałem jak pani M szła ją łapać, bo zajmowało jej to czasami około godziny. Rodzice dziewczynki wiedzieli już jakie są zamiary owej pani i z uśmiechem podeszli do mnie opowiadając całą sytuację. Wchodząc na padok po owego konia towarzyszyła mi pani M, bo chciała wziąć też swoją kobyłkę. Jakie było jej zdziwienie, gdy stanąłem na środku padoku machnąłem ręką mówiąc do konia „idziemy jeździć” i koń bez zastanowienia poszedł za mną. A ona oczywiście miała problem z kolejnym koniem, aby go wziąć z padoku :D. Było wiele takich sytuacji, gdy chciała zabłysnąć wśród ludzi, a niestety miało to inny skutek. Jako jedyny potrafiłem wprowadzać konie do stajni, idąc z przodu, a one za mną i jako jedyny potrafiłem przywołać do siebie 30 koni jednym gwizdnięciem. To dzięki nim stałem się dobrym człowiekiem i niewielu zdaje sobie sprawę, iż wystarczy otworzyć umysł, a istnieje join-up w obie strony...

Tadeusz Fos

Spełnione marzenia


     Koń i człowiek, dwaj najlepsi przyjaciele od wieków. Kiedy się pokocha jakiegoś konia i zacznie się na nim spełniać marzenia, to wszystko co wydawało się tylko pięknym snem z dnia na dzień staje się rzeczywistością.

     1 czerwca rok 2009 godzina 5.26 po stajni rozchodzi się rżenie nowo narodzonego członka końskiej rodziny. Pamiętam jak właśnie ten koń zaczął spełniać te marzenia, które kiedyś zostały rzucone w szary kont z myślami, że nigdy się nie spełnią!
Strzałka, właśnie tak nazywa się moja miłość od pierwszego wejrzenia, dzięki któremu wszystko jest jak w najlepszym filmie. Mały koń, który człowieka traktuje jak członka stada prawdziwego przyjaciela. Wszystko przeżyłam z tym koniem: łzy smutku i łzy szczęścia, chwile, które przewalały wszystko do góry nogami, że jedynym wyjściem jest usiąść w ciemny kąt i cicho płakać. Jednak przebywając z końmi każdego dnia zrozumiałam jakie mam szczęście, że mam przyjaciela, który ma cztery kopyta jest jednym z większych końskich ras, a potrafi zrozumieć człowieka lepiej niż druga osoba.  

Moja fabryka marzeń ma cztery kopyta i jest niesamowita!

Nie zapomnę galopu w lato o czwartej rano we mgle, a w tym przez zboża, z których wyłaniały się spłoszone sarny próbując uciec przed rozbrykanym koniem. Wstawanie o 3 rano przed szkołą biegiem do stajni ogłowie na ramie i galopem przez wioskę, gdzie jest cicho, słychać tylko tupot kopyt i dyszenie konia, a wokół wszystko jakby stanęło w miejscu.
Samotne tereny w las nad jezioro, tłumy gapiów podziwiających, stojących z otwartą buzią i tylko słychać jak jeden mówi do drugiego: Czternastolatka na koniu zimnokrwistym jeździ po całej wsi tylko z zawiązaną wodzą wokół końskiej szyi.
Zabawy w berka i chowanego, zasypianie na końskim grzbiecie, chowanie się przed deszczem pod końskimi kopytami wtulanie się do wielkiej potarganej przez wiatr grzywy i uciekanie od problemów. Kiedyś to wszystko wydawało się tylko kolejnym nieobliczalnym marzeniem, a teraz jest to moje życie! Wystarczy pokochać, zrozumieć i zaufać żeby koń stał się przyjacielem do końca życia...

Marlena Markowska

Zaufać wiedźmie

- Słuchaj, rozmawiałem dziś z pewną kobietą. Ma jakąś kobyłę, z którą sobie nie radzi. Ty lubisz takie „dziwne” konie. Zajmiesz się jeśli przywiozę?

- Jasne!

- Jutro będzie, sprawdź ją.

Szłam wolno przez stajnię, jak zawsze witając się z końmi i równocześnie próbując wypatrzeć co za cudo przywiózł dla mnie trener ale koń schował się za przegrodę oddzielającą dwa boksy i słyszałam tylko szelest słomy gdy się poruszał.

- Cześć maleńka!....- z kąta boksu wpatrywały się we mnie ciemne, wielkie oczy, a nastawione jak antenki uszy zdawały się wyłapywać nawet słowa, które przelatywały mi w głowie - maleńka i cudna to ty nie jesteś….

Otworzyłam drzwi boksu i w tym samym momencie klacz przypuściła błyskawiczny atak. Stulone uszy prawie idealnie przylegały do czaszki, a cały pysk wykrzywił niemal ludzki wyraz wściekłości - Ki diabeł?! – Zdążyłam pomyśleć zanim instynktownie cofnęłam się i przymknęłam drzwi boksu. Zęby z impetem uderzyły w metalowy kątownik chroniący krawędź deski, po czym klacz błyskawicznie wycofała się – Ej,! Co to ma być?! – krzyknęłam  ponownie otwierając drzwi i robiąc krok w jej stronę.  Wspięła się lekko i znów próbowała ugryźć. Błyskawicznie podniosłam rękę i machnęłam nieco na oślep. Trafiłam palcami w bok pyska, może chrapy, nie wiem. Zaskoczona kobyła znieruchomiała na moment i uważnie się przyglądała. Po chwili cofnęła się i znów wspięła. Tym razem nie starała się dosięgnąć mnie zębami, uznała że kopyta będą „bezpieczniejsze” – Ej! Spokój! Co robisz małpo?! –  znów machnęłam uniesioną ręką w jej kierunku. Jakimś cudem nie oberwałam kopytem gdy klacz opadała na ziemię. Stała w pewnej odległości i niepewnie ale z ciekawością wpatrywała się we mnie – Oj, nie będzie łatwo…. Co z ciebie za cholera i kto ci to zrobił? – Wyszłam na chwilę z boksu by spokojnie zastanowić się co dalej.

Czyszczenie i siodłanie było nieustanną walką- moją o przeżycie (dosłownie), jej o przejęcie dominacji.

 Lonżowanie też przebiegało dość „ciekawie”. Baśka - taką dostała ksywkę ponieważ nie znaliśmy jej imienia, a takie jakieś skojarzenia same się nasunęły gdy wyprowadziłam ja przed stajnię i sierpniowe  słońce ukazało pełnię jej „krasy”… – dała mi niezłą szkołę. Najpierw próbowała mnie stratować i skopać. Po kilku nieudanych próbach uznała, że może lepiej spróbować ucieczki i zafundowała mi imponujący skiring- tyle, że bez nart i po piasku… Scena jak z kreskówki i pewnie w innych okolicznościach pokładałabym się ze śmiechu ale nie tym razem - Ja jej pokarzę! Tylko jak?!....

W końcu  znudziły się jej te ucieczki i zrobiła kilka całkiem przyzwoitych okrążeń, a ja miałam czas by odetchnąć. Kilka razy próbowałam wsiąść ale za każdym razem gdy tylko wkładałam stopę w strzemię stawała dęba po czym ruszała dzikim galopem brykając jak mała kózka.

- Baśka! Nie rób cyrków! Podobno nie raz chodziłaś pod siodłem, więc o co chodzi? Spokojnie, nie zrobię ci krzywdy, obiecuję.

Po jakiś 40 minutach „walki” byłam bliska płaczu i poddania się -  Nie chcę mieć do czynienia z tym durnym koniem! Jest „walnięta”! - Gdzieś głęboko miałam jednak świadomość, że jeśli teraz się poddam to nie mam już po co do niej wracać następnego dnia. „Piep…. dominantka i do tego cholernie agresywna…” – tyle o niej usłyszałam wcześniej. Istna wiedźma po prostu…

Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Włożyłam stopę w strzemię. Kobyła lekko się wspięła ale nie ruszyła do przodu – Stój! Nie histeryzuj mi tutaj, bo… nigdy się nie dogadamy jeśli nie dasz mi szansy – zaczęłam z krzykiem ale (jak sobie potem uświadomiłam) skończyłam niemal szeptem. Pogłaskałam ją po szyi, złapałam się grzywy i usiadłam ostrożnie w siodle. Koń stał jak wryty, ani drgnął z miejsca ale każdy mięsień był napięty do granic możliwości. Ja tez nie miałam odwagi się ruszyć. Dłuższą chwilę obie czekałyśmy ze strachem co będzie dalej. W końcu podjęłam próbę – No, mysza, dalej! – koń się nie ruszył - Dalej malutka, już dobrze, nic złego się nie dzieje! – położyłam jej rękę na szyi, cmoknęłam i kobyła niepewnie ruszyła wolno z miejsca…..




- No i jak myszko, jak tam forma, poskaczemy coś? Masz ochotę?

- Olka! Nie gadaj tyle z tym koniem tylko weź się za porządną pracę! Poskładaj ją trochę! Idzie w tym kłusie rozwleczona jak tramwaj! Skróć wodze, weź ja na kontakt! Nikt jeszcze nie wymyślił innego sposobu kierowania koniem jak wodzami!

- Jak nie jak tak?! – odkrzyknęłam bez namysłu.

Zatrzymałam konia i pochyliłam się w kierunku pyska- Co Ty robisz? – bez słowa odpięłam wodze, a potem zdjęłam ogłowie – Wariatka!- usłyszałam.

Trochę niepewnie ruszyłam kłusem. Zatrzymałam się, znów ruszyłam. Zrobiłyśmy kilka wolt i serpentyn – Jak to w ogóle możliwe?! Skąd ona wie? – pomyślałam. Ciekawe czy potrafię tak zagalopować? -  w tym momencie uświadomiłam sobie, że już  to robimy. Równo, płynnie, spokojnie... Przegalopowałyśmy kilka drągów leżących na ziemi, skoczyłyśmy mała stacjonatkę… -  Ups! A gdzie tu jest „stop”?! –  i koń się zatrzymał… Już wiedziałam - muszę po prostu „wyluzować”, chcieć coś zrobić i czuć konia, a on będzie doskonale wiedział co robić. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Mieszanka  zdenerwowania, ekscytacji a równocześnie dumy i radości bliskiej euforii. Uwierzyłam i bezgranicznie zaufałam „wiedźmie”. Nie wiem właściwie kto prowadził kogo…

Zeskoczyłam z siodła – Dziękuję Wiedźmin!.... i przepraszam, że tyle to trwało…

Cicho parsknęła. Patrzyła na mnie ze spokojem i pewnością siebie jakby chciała powiedzieć-No nareszcie!  Nie ma sprawy, mogę częściej tylko daj mi szansę!

Aleksandra Wewiórska
Picture

Dlaczego warto


Kiedy pierwszy raz wsiadłam na konia, nikt nie powiedział mi, czym tak naprawdę jest jeździectwo. Wsadzili mnie na siodło, przypięli lonżę, ustawili wodze między czwartym i piątym palcem. Potem pokazali jeszcze, jak przykładać łydki i którą ręką ciągnąć, żeby skręcić. Po kilku takich jazdach odpięli lonżę i powiedzieli, jak robić kilka innych, dziwnych rzeczy: przyspieszać, zatrzymywać się i anglezować. Pokazali też, jak założyć koniowi siodło i ogłowie, jak złapać wędzidło i którym palcem przycisnąć w bezzębnym miejscu. A potem powiedzieli, że i tak póki co jestem za niska i tym samym skazali na ciągłe proszenie starszych dziewczyn, które niekoniecznie były dużo wyższe, gdy chodzi o wzrost, za to z wyraźną wyższością zarzucały siodło i ogłowie.

Jeździłam w ten sposób wiele lat. Nauczyłam się kilku nowych elementów w siodle i opanowałam sztukę siodłania i kiełzania. Z czasem zaczęłam przyjeżdżać do stajni trochę częściej i zostawałam trochę dłużej, żeby móc dokładnie wyczyścić swojego wierzchowca i nakarmić go jabłkiem lub marchewką. Wielokrotnie zmieniałam konie, instruktorów i stajnie. Słuchałam wszystkich wskazówek i starałam się postępować zgodnie z nimi, choć czasami opinie jednych zupełnie zaprzeczały opiniom drugich doświadczonych jeźdźców. Mimo tego wiedziałam już mniej więcej gdzie i kiedy przyłożyć którą łydkę, popuścić lub napiąć którą wodzę czy wypchnąć lub rozluźnić biodra. I wiedziałam, jaka jest rola konia w całym tym przedsięwzięciu: koń służył do jeżdżenia. Była to dla mnie najbardziej oczywista rzecz w kwestii jazdy konnej.

Pewnego dnia wybrałam się z moją koleżanką do stajni na wsi. Było tam 12 koni. Gospodarz lubił szybką jazdę i zabierał niektóre z nich na niedzielny teren ze znajomymi. Zaźrebiał też swoje klacze, nie sprzedawał jednak źrebaków, bo nie chciał się z nimi rozstawać. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam te konie byłam zaszokowana. Po pierwsze – przychodziły do mnie na pastwisku i odganiały się nawzajem, bo każdy chciał być wyszczotkowany i pogłaskany. Po drugie – wszystkie były brudne i poobdzierane, miały długie, łamiące się kopyta i rozczochrane grzywy pełne rzepów. I po trzecie – zupełnie inaczej traktowały ludzi niż wszystkie konie, które wcześniej widywałam. Zdawały się traktować ich jak siebie nawzajem, bez skrępowania przechodziły obok, szturchając mnie albo zaczynały skubać moją kurtkę. Wydawało mi się to dziwne, ale całkiem przyjazne. Postanowiłyśmy z koleżanką pojechać na nich w teren. Gospodarz zachwalał, że są bardzo grzeczne. Wyruszyłyśmy spod stajni, wjechałyśmy na łąkę, a konie niczym się nie przejmując pogalopowały przed siebie dzikim pędem. Odkryłam, że moja rozległa wiedza na temat udziału łydek, bioder i wodzy w przechodzeniu do niższych chodów najwyraźniej nie sprawdza się w tym przypadku, bo mimo iż użyłam całej swojej siły, to koń się nie zatrzymał. Mało tego, zaczął pędzić jeszcze szybciej, a ja prawie umarłam ze strachu. Po kilku takich terenach mój strach minął, za to wszystkie teorie, które wpajali we mnie instruktorzy, stały się niepotrzebne, bo i tak żaden z tamtych koni nic sobie z nich nie robił. Oprócz terenów dużo czasu spędzałyśmy z końmi na padoku lub w boksie. Okazało się, że większość koni z tej stajni nie potrafi podawać nóg, stać spokojnie przy czyszczeniu i siodłaniu, a nawet wychodzić z boksu, nie taranując wszystkiego wokół. Próbowałyśmy powoli je tego uczyć, co nie było łatwe, bo w poprzednich stajniach te umiejętności zdawały się być u koni wrodzone. Znalazłam tam klacz, która szczególnie mi się podobała. Była mała, chuda i miała wielką ranę na biodrze, ale w jej oczach był szczególny blask, którego nie potrafiłam zrozumieć. Zaczęłam się nią opiekować. Była jeszcze młoda i nikt na niej nie jeździł, więc tylko czyściłam ją, uczyłam podstawowych rzeczy w obejściu i przeganiałam po placu.

Z czasem klacz podrosła, a ja zaczęłam na niej jeździć i w końcu ją kupiłam. Pokochałam jej zadziorny charakter i skłonność do ciągłego pakowania się w kłopoty. Z pastwiska zawsze wracała z nowym ubytkiem w sierści, ale za to wyraźnie zadowolona z siebie. Przyznam, że na początku nie było nam bardzo łatwo. W zasadzie to było niesamowicie trudno, bo Poezja okazała się bardzo rozpuszczona. Ale ja byłam w stanie wszystko jej wybaczyć. Wszystkie szturchnięcia, nadepnięcia i podskubywania. Bo widziałam ciągle w jej oczach tamten niezwykły blask.

Kiedy już udało mi się przekonać swoją ulubienicę, że moja obecność na jej grzbiecie jest całkowicie w porządku, zaczęłyśmy trochę przypominać sobie rady dawnych instruktorów. Okazało się jednak, że podobnie jak z podawaniem nóg i staniem przy czyszczeniu, konie nie rodzą się także z umiejętnością odpowiadania na łydki, wodze i biodra. Poezja nie miała zbyt wielkiej ochoty iść tam, gdzie ja proponowałam, a już na pewno nie podobało jej się, że chciałam nakłonić ją do szybszego chodu. Kiedy była niezadowolona, odwracała głowę i gryzła mojego buta, a ja nie wiedziałam, jak jej wytłumaczyć, że zalecenia instruktorów są niepodważalne. W końcu jakiś Anioł Stróż postawił na mojej drodze instruktora, który w niczym nie był podobny do tych, których wcześniej poznałam. Pokazał mi, jak zachęcić niesforną klacz do współpracy i zaprosił na szkolenie, gdzie nauczyłam się mnóstwa innych rzeczy.

Napotkałyśmy na swojej drodze jeszcze wiele problemów, wiele razy miałyśmy różne zdania. Ale ja ciągle trwałam w przekonaniu, że konie są stworzone tylko w jednym celu: żeby na nich jeździć.

Jestem z natury bardzo niecierpliwą osobą i najchętniej wszystko chciałabym mieć na zaraz. Kiedy pracowałam z Poezją, nie mogłam się pogodzić z tym, że ona niektórych rzeczy po prostu nie chce zrobić. Wiele razy krzyczałam na nią, szarpałam jak oszalała za wodze i kopałam ją. I przypominałam sobie słowa instruktorów: „koń ma zawsze robić to, co ty chcesz!”. I to była świętość. Każdą „walkę” należało wygrać. Zawsze jeździec musi mieć ostatnie słowo, bo inaczej koń pomyśli, że wszystko mu wolno! Poezja nie była łatwym przeciwnikiem. Na agresję odpowiadała buntem i zmuszona do zrobienia czegoś siłą, robiła to niedbale albo nie robiła wcale. Coraz więcej było naszych „wojen” i coraz częściej wściekła ciągnęłam za wodze. Nie znaczy to, że w jakimkolwiek stopniu zmieniłam swoje uczucia do niej. Zawsze tak samo ją kochałam i ceniłam, zawsze zachwycałam się jej niezwykłym błyskiem w oczach. Po prostu jazda była czymś zupełnie innym. Tym, do czego, jak sądziłam, zostały stworzone konie.

Nagle zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. A może cały czas czułam, że coś jest nie tak, ale przecież miałam głowę pełną słów tych wszystkich doświadczonych jeźdźców. Nie mogli się mylić. Mieli swoje świetnie wyszkolone konie, wygrywali zawody i prowadzili jazdy. Mimo wszystko coś zdawało się nie grać. Po każdej „wygranej” walce z koniem, nie czułam zapełnianej satysfakcji. Nie czułam się lepsza przez to, że kopałam ją i szarpałam. I wydawało mi się, że w jej oczach czai się niezrozumienie.

Poznałam naturalne metody pracy z końmi. Zobaczyłam, że da się uniknąć „wojen”, że nie trzeba wcale używać siły. Przekonałam się, że da się za pomocą kantarka sznurkowego i liny uzyskać szacunek i dominację. Poznałam drogę do wzajemnego zaufania. Ale przede wszystkim odkryłam najważniejszą rzecz: konie wcale nie istnieją tylko po to, żeby na nich jeździć. Oczywiście, jest to ważne i wspaniałe, ale czy najważniejsze? Dla mnie najważniejsze okazało się przebywanie z Poezją, poznawanie jej języka, nauka współpracy. Zdarzało się, że przez kilka miesięcy nie wsiadałam, bo praca z ziemi była dla nas ważniejsza. I na pewno nic przez to nie straciłyśmy, a nawet zyskałyśmy bardzo wiele.

Dziś? Nie mogę powiedzieć, że nie zdarza mi się stracić panowania nad sobą. Przecież jestem nadal tą samą niecierpliwą osobą. Często próbuję „wygrać” jakąś „wojnę” siłą i zmusić Poezję, by robiła to, czego od niej żądam. A potem często jestem wściekła na siebie i myślę, jaki ból musiałam jej zadać, niepotrzebnie szarpiąc za wodze czy kopiąc łydkami. I wiem, że powinnam postąpić inaczej. Mówią mi o tym jej oczy, pełne niezrozumienia.

Jeździectwo naturalne nie polega na rzuceniu całego sprzętu w kąt i zabawie na kantarze sznurkowym, jak sądzi wiele osób. Oczywiście, można też to robić. Ale przede wszystkim jest to zmiana podejścia. Trzeba chcieć znaleźć sposób na porozumienie bez przemocy, trzeba widzieć, że agresja nie jest rozwiązaniem. Inaczej chyba nie da się tego zrozumieć. Myślę, że trudność polega na istotnej zmianie: w jeździectwie klasycznym pracuje się głównie nad koniem, natomiast w jeździectwie naturalnym pracuje się głównie nad sobą. Praca nad sobą to naprawdę trudne zadanie. O ile łatwiej jest zwalić całą winę na konia? A przecież należy sobie życie ułatwiać. Niestety, nie zawsze to działa i według mnie zdanie sobie sprawy z popełnianych błędów i wad jest kluczem otwierającym drzwi do świata porozumienia człowieka i konia.

A kiedy mam wątpliwości, czy to wszystko naprawdę działa, po prostu patrzę w jej oczy i widzę ten niezwykły blask.

Marta Jerzak

Projekt scenariusza.
Impulsem do stworzenia tego projektu była inspiracja autentycznym wydarzeniem.

PAJACYK


Rzecz dzieje się współcześnie:
                               Jurek ma lat 15. Mieszka w jednej z pomorskich wiosek. Ze względu na lekkie zaburzenia umysłowe uczęszcza do szkoły specjalnej. Zamknięty w sobie. Posługuje się ograniczonym zasobem słów. Sprawny ruchowo. Od wielu lat przyjaźni się z koniem sąsiada, któremu nadał imię Pajacyk. Każdą wolną chwilę spędza ze zwierzęciem. Niespodziewanie Sąsiad umiera a jego syn sprzedaje Pajacyka handlarzom, trudniącym się wywózką koni na rzeź do Włoch. Jurek przypadkowo dowiaduje się o losie konia. W tajemnicy przed rodzicami pakuje plecak, zabiera swoje oszczędności i rusza ratować przyjaciela. Rodzice odkrywają zniknięcie Jurka . Powiadamiają Policję. Tymczasem, drogi chłopca krzyżują się z drobną siedemnastolatką, uciekinierką z domu poprawczego o ksywie Wera. Wera zauważa, że Jurek ma pieniądze. Postanawia mu je ukraść. Żeby tego dokonać chce zdobyć zaufanie chłopca. By je zdobyć obiecuje pomoc w odzyskaniu konia. W trakcie podróży, w chwili słabości opowiada Jurkowi o sobie. Mówi, że wychowywała ją Babcia Weronika, która umarła trzy lata temu. Przed śmiercią ofiarowała jej cenną pamiątkę, złoty łańcuszek ze złotym wisiorkiem. Jest to jedyna rzecz, której nigdy, za żadne skarby się nie pozbędzie. Jurek jest pod wrażeniem piękna tego wisiorka. Nazywa go „Babcia”. Po wielu, niebezpiecznych nieraz perypetiach, wbrew intencji Wery zbliżają się w pobliże południowej granicy. Tu natrafiają na samochód z końmi. Niezrozumiałe, dzikie zachowanie zwierząt zmusiło kierowców do wypuszczenia ich na zewnątrz by zapobiec zatratowaniu. Wśród koni jest Pajacyk. Następuje radosne przywitanie się Jurka z Pajacykiem. W całym zamieszaniu Wera kradnie plecak z pieniędzmi i znika w pobliskim lesie. Przejeżdżający w pobliżu policjanci interesują się sytuacją na drodze. Wiedzą o podróży Jurka i Wery. Jurek jest siłą oderwany od konia. Pajacyk jest zapędzany do naczepy. Tymczasem Wera słysząc przeraźliwe krzyki Jurka i głośne rżenie konia, przełamuje się w sobie. Ryzykując zatrzymanie przez policję rusza w kierunku przewoźnika mocującego się z Pajacykiem. Chce wykupić konia, jednak suma pieniędzy jaką miał Jurek w plecaku jest za mała. Jeden z policjantów rozpoznaje Werę... Samochód z końmi odjeżdża. W towarzystwie policjanta, skuta kajdankami stoi Wera. Obok niej stoi Pajacyk. Przy pożegnaniu się z Werą, Jurek dowiaduje się, że tak naprawdę Wera na imię ma Natalia. Stojąc w uścisku chłopiec zauważa brak na jej szyi „Babci”. Na pytanie: Gdzie babcia?”  Wera mówi: „Nie ważne, babcię mam w sercu”  Jurek odzyskuje Pajacyka, pieniądze i zyskuje wielką przyjaźń. 

Bogusław Stępnik

Eden


            Witajcie, nazywam się Aleksandra i pragnę opowiedzieć wam historię mojego wspaniałego konia. Eden – bo tak ma na imię moje kare, czterokopytne szczęście- jest 3letnią, wybuchową mieszanką klaczy śląskiej i folbluta. Kiedy go poznałam miał 1,5 roku i był najbardziej pokracznym koniem, jakiego kiedykolwiek widziałam. A mimo to -zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Miał wąską strzałkę na pięknej, szlachetnej głowie, którą zawsze trzymał wysoko na jeleniowatej szyi, zbyt długi grzbiet, krowią postawę tylnych nóg oraz chwiejny chód.. Prawie wszyscy odradzali mi jego kupno.. Ale ja widziałam jego potencjał. Był kary i miał ogromne stawy, co świadczyło o tym jakie imponujące konisko z niego wyrośnie, jeśli umiejętnie poprowadzę jego trening.

Jest on wyjątkowo inteligentnym koniem, co uznałam za najważniejsze. To był początek mojej przygody z naturalem, jednak byłam pewna, ze wspólna nauka wyjdzie nam na dobre... Dzięki Bogu, ze miałam kilka życzliwych duszyczek w pobliżu, których mogłam się poradzić, gdy Eden wszedł w fazę młodzieńczego buntu..

            Oj, tak! Początki były bardzo zabawne. Eden na każdym kroku uświadamiał mi, ze się mylę z swoich założeniach i, że muszę być bardziej spontaniczna. A ja wzięłam sobie za punkt honoru korektę jego okropnej szyi. Musieliśmy iść na kompromis. Treningi wzorowane na Karen Rohlf, rozluźnianie, ćwiczenia z piłką i mozolne wypracowywanie kolejnych partii mięśni przeplataliśmy dzikimi zabawami w stylu mistrza Aleksandra Nevzorova -stawaniem dęba, brykaniem na zawołanie lub hiszpańskim stępem, oraz wielogodzinnym nicnierobieniem na trawie :)   Kiedy nabrał do mnie wystarczająco dużo zaufania, by nie płakać za swymi towarzyszami, gdy znajdzie siew pewnym oddaleniu od stajni, zaczęliśmy chodzić na krótkie spacery w ręku.. Eden zmieniał się w oczach! Rok od naszego poznania – prawdopodobnie ze względu na geny- wyglądał na 4 latka, urosły mu mięśnie grzbietu i szyi, chętnie poruszał się z nosem przy ziemi i zbierał, gdy o to prosiłam. Wszyscy byli w ogromnym szoku, jak bardzo ten „pokraczny konik” rozwinął się przez ten czas. (jednak  wprawny obserwator nadal zauważyłby tę jelenią szyję). Ale dla mnie najważniejsze było to, ze doszliśmy do porozumienia!

            Eden stał się moim najlepszym przyjacielem, czego dowód dał pewnego razu na spacerze, któregoś pięknego słonecznego dnia, gdy wybraliśmy się  znaną ścieżką do lasu. Oboje byliśmy rozluźnieni i szczęśliwi, że nastała wiosna. W pewnym momencie zza krzaków wyskoczył na drogę duży, kudłaty kundel w typie wilczura i stanął przed nami. Zatrzymaliśmy się jak wryci. Powoli zaczęłam się wycofywać i poprosiłam mojego przyjaciela, by zrobił to sami, on jednak nie ruszał się. Tymczasem pies zjeżył się, opuścił nisko na łapach, wyszczerzył zęby i powoli zbliżał się do nas z gardłowym warczeniem.

„Eden błagam Cie, rusz się,” - wyszeptałam pociągając linkę. A on, rzeczywiście mnie posłuchał, tylko nie tak, jak tego oczekiwałam – zrobił krok wprzód! Oniemiałam z wrażenia. Eden postąpił jeszcze dwa kroczki i stanął dęba z wściekłym kwikiem. (Dziękowałam Bogu, ze go jeszcze nie wykastrowałam!) Pies skulił ogon pod siebie i trwał bez ruchu. Natomiast mój waleczny koń, pokrzepiony tym faktem powtórzył poprzednią czynność i przypuścił atak na tego kundla! Aż mi się zrobiło żal! Ruszył galopem w stronę psa!

„Zwariowałeś? Wracaj!” -krzyknęłam a tymczasem przerażony pies uciekł z piskiem! Na szczęście Eden zapięty był na długa linę,.  więc nie odbiegł daleko Po kilku kroczkach galopu, przeszedł do kłusa, a później wykonał kółeczko z podniesionym ogonem wokół mnie. Ewidentnie był z siebie dumny! Ja także byłam z niego bardzo dumna, choć wiedziałam, ze nikt mi w tę historię nie uwierzy.

Aleksandra Wróbel

Lolipop


Pod koniec maja 2010 wyjechałam do Niemiec. Początkowo pracowałam u handlarza końmi, rzeźnika z zawodu, który uważał, ze "konie są do sprzedawania, a nie do kochania"!
Ja mam na tę sprawę zupełnie inny pogląd, więc mimo że płacił mi bardzo dobrze, szybko zaczęły się miedzy nami poważne zgrzyty. 
Facet sprzedawał kucyki i małe konie, w większości półdzikie lub nieujeżdżone..
Bały się go. Gdy wchodził do stajni cofały się pod ścianę. Nawet jeśli miały jakieś papiery, żadne nie było nazywane po imieniu.
Ewidentnie nie nadawały się jako koniki dla dzieci.. Ja miałam to zmienić, okiełznać te dzikie bestie, które tak naprawdę były zagubionymi, nieufnymi i nierozumianymi przez nikogo stworzeniami..
Powoli zaczęłam je do siebie przyzwyczajać. Gdy wchodziłam do stajni witały mnie rżeniem. Pomimo iż już po kilku dniach konie stały się o wiele spokojniejsze i chętniejsze do współpracy, dla handlarza działo się to zbyt wolno a konie nie prezentowały się tak jak powinny. Kazał mi je łamać. Nałożył na mnie obowiązek jazdy na wpinaczach oraz wiązania koni z obu stron przy czyszczeniu..
To był koszmar. Uchylałam się jak mogłam. Wieczorami zabierałam co płochliwsze konie i bawiłam się z nimi. Z jedną klaczą naprawdę się zaprzyjaźniłam... Nie wiem, jakie są jej dalsze losy, bo po 3tyg.ostatecznie wyleciałam. Argumentem było to,że byłam dla tych biednych koni zbyt dobra..Ze wszystko działo się zbyt wolno..
Jeśli jakiś koń nie dawał się złamać, trafiał do rzeźni. Nikt nie próbował inaczej, nikt nie widział w koniu ISTOTY..
Ta klacz miała 5 lat, była niską kasztanką,tak uroczą, że nazwałam ją Lolipop :)
Była cudownym, bardzo inteligentnym koniem. Reagowała na najdelikatniejsze pomoce.. Jeździłam na niej na zupełnie luźnej wodzy, raz, kiedy szefa nie było - na kantarku ;) miała tylko jedną wadę - nie pozwalała się dosiąść. Dlatego z nią bawiłam się chyba najwięcej. Siodłałam ją wieczorem, brałam suchy chleb do kieszeni i nagradzałam ją, gdy tylko pozwoliła mi włożyć nogę w strzemię.. Wierzę, że gdybym miała odrobinę czasu więcej i nikt nie krytykowałby moich metod wyrządzając przy tym krzywdę koniowi (np szarpiąc mocno za wodze) Lolipop pozwoliłaby się dosiąść...
Ale przecież nie miałam nic do gadania. Liczył się interes...

Aleksandra Wróbel

Tara


Wydarzenia minionego weekendu są dla mnie mocno traumatyczne.
Koniem, który uświadomił mi, jaka jestem beznadziejna była Tara - kasztanowata Ślązaczka o wyjątkowo dominującym charakterze, która podporządkowała sobie właścicieli.
Tyle o niej wiedziałam.

Weszłam na padok i zaczęłam join-up Monty Robertsa. Kobyla biegała kłusem i parskała ze strachu. Początkowo ociekała. Oczywiście im bardziej zwiększałam presję tym bardziej się buntowała i straszyła mnie. Zaczęła przebiegać bardzo blisko mnie, kulić uszy i kopać. 
Poszłam po uwiąz i wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Kobyla zaczęła na mnie napierać, stawać dęba tuz przede mną, kopać.. Powoli zaczynała ze mną wygrywać, potknęłam się i przewróciłam. Na szczęście kobyla nie chciała mnie zabić i nie naskoczyła na mnie. Ja podniosłam się i nieprzerwanie patrzyłam jej w oczy i machałam linką, ale w tego konia wstąpił potwór. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak silną agresją..
Znajomi zaczęli mnie nawoływać, prosić żebym wyszła. A ja poszłam w zaparte. Odganiałam kobyłę, machałam uwiązem jak oszalałą i uskakiwałam przed wszechobecnymi kopytami.. W pewnym momencie kobyła stanęła dęba, potknęła się i upadła na bok.
Wtedy, korzystając z chwili jej nieuwagi i ulegając nawołującym mnie błagalnym głosem znajomym - uciekłam. Kobyła wygrała.

Wjechało mi to na ego i piekło do żywego.
Gdy tylko wrócił mi oddech poczęłam analizę...
I dotarło do mnie, że ten koń się po prostu bronił. Dowiedziałam się, że był bity..
Nagle poczułam, że popadłam w rutynę. Że bardziej chciałam udowodnić wszystkich, że zdominuję tego konia (na jego terenie) niż pomyśleć nad przyczyną i spróbować się z najpierw zaprzyjaźnić..

Zaprzyjaźnić.
Zdobyć zaufanie..
I stać się przewodnikiem.

Wróciłam po około 30minutach.
Początkowo bawiłam się z nią w jeża zza ogrodzenia, lecz później do niej weszłam.
Był to zupełnie inny koń.. A ja dostałam nauczkę na całe życie.

Aleksandra Wróbel

Jan Migielicz FRASZKI


Dylemat miłośnika koni
Ma straszny dylemat,
Jak przyznać się żonie,
Że największą miłością,
Dla niego są konie.

Sielski obraz wsi
Wieś pełną koni, źrebiąt i klaczy,
Można już tylko - na filmach zobaczyć.

Bezsilność
Ani kary, ani gniady,
Postępowi nie da rady.

Zadanie do wykonania
Musimy wszystko zrobić,
Żeby w kraju – u nas,
Nie zostały tylko,
Konie na biegunach.

Uwaga
Nie chwal konia przy kobietach,
Bo uznają to – za nietakt.