Myśląc o koniu - impreza promująca natural horsemanship jako źródło wiedzy dla wszystkich miłośników koni
  • Aktualności
  • Filmy 2011
  • Sprzedaż biletów
  • Wykładowcy
  • Program
    • Fundamentalia
      • Po co ta impreza?
        • Program II Edycji
        • Zawody Trenerów
          • Sędziowie
            • Trenerzy>
              • Mariusz Denis
                • Krzysztof Karpiński
                  • Marcin Mach
                  • Nabór
                  • Wykłady i seminaria
                  • Konsultacje trenerów
                  • Pokazy
                  • Konkursy
                    • Konkurs Fotograficzny
                      • Co potrafi Twój koń
                        • Konkurs graficzny
                          • Konkurs literacki
                          • I Edycja 2010
                          • Jak dojechać?
                            • Noclegi
                            • Kontakt
                            • Dla Prasy

                            BEATA PAJER-VORWERK

                            Picture
                            Beata Pajer-Vorwerk (dla wtajemniczonych Beata Maderska) - psycholog, psychoterapeutka.

                            Zawodowo wsłuchuje i wpatruje się w ludzi, pomagając im znaleźć w sobie to, czego dotychczas sami nie zauważali – rozwiązania ich własnych problemów.

                            Prywatnie wsłuchuje i wpatruje się w konie – ze szczególną uwagą w swoją 16-letnią klacz Lady i jej 4-letniego synka Atona – ucząc się od nich rozwiązywania końsko-ludzko-partnersko-jeździeckich dylematów

                            Koń to istota socjalna i komunikuje cały czas. Z moich doświadczeń wynika, ze większość koni (czyli te, które jeszcze nie zrezygnowały) podejmują nieustanne próby komunikacji nie tylko miedzy sobą, ale też z człowiekiem. Każde szturchnięcie, ugryzienie, dotknięcie chrapami itp, itd jest kolejna próbą rozmowy konia z człowiekiem. Problem polega na tym, że wielu ludzi tego nie widzi, albo widzieć nie chce i traktuje konie jak urządzenia mechaniczne , które można zaprogramować na reakcje. ONE ROZMAWIAJA Z NAMI CALY CZAS! i to nie telepatycznie, ale po końsku. i za to kocham ruch naturalistów, bo oni to wiedzą i doceniają.
                            Beata Pajer-Vorwerk


                            Maleństwo

                            Beata Pajer-Vorwerk

                            Późną wiosną 2006, po burzliwych czterech latach, życie zaczęło nabierać spokoju.
                            Nie oznaczło to bynajmniej, że nagle moje problemy przestały istnieć. Zasadnicza zmiana
                            następowała we mnie: uczyłam się akceptować mój świat takim, jakim się stał.
                            Jak już od dawna odskocznią od codzienności była moja rudowłosa przyjaciółka Lady –
                            uparta przedstawicielka końskiej rasy niemiecki kuc jeździecki.

                            Ponieważ nasza, od ośmiu lat trwającą przyjaźń, na początku wysłana była
                            trudnościami, spowodowanymi zresztą nie tylko Lady charakterem, ale też obopólnym
                            brakiem doświadczenia – ja nie mialam pojęcia o wychowywaniu surowych koni, Lady zaś
                            o pracy z człowiekiem , postanowiłam skazać moją klacz na bezdzietność. Co się raz udało,
                            niekoniecznie musi udać się raz jeszcze. Nigdy więcej żadnego surowego konia! Nigdy
                            żadnego źrebaka!
                            W czerwcu Lady skonczyła 12 lat. Klacz w sile wieku. Nareszcie stała się spokojna,
                            zrównoważona. Każda jazda na niej sprawiała przyjemność. Zwykle jeździłyśmy do lasu,
                            który tego lata pełen był niespodzianek. Trwały właśnie mistrzostwa świata w piłce nożnej.
                            Cały świat wydawał się tonąć we flagach wszelkich narodowości poprzyczepianych do
                            czapek, samochodów, rowerów. Każdy gwizdek jakiegokolwiek z sędziów, na jakimkolwiek
                            z meczów wspomagany był brzmieniem gwizdków, trąbek i innych instrumentów
                            muzycznych na stadionach i poza nimi. Niemcy świętowały wielki, kolorowy, głośny
                            festny. Pośrodku tego karnawału maszerowała dostojnie moja klacz. Ta sama, która jeszcze
                            niedawno w obliczu foliowego worka zamieniała sie w kłębek nerwów i nic nie mogło jej
                            przekonać o braku jakichkolwiek groźnych zamiarów ze strony tegoż. Teraz emanowała cała
                            sobą wewnętrzny spokój i pogodę ducha. Żaden trąbiący rower nie był w stanie tego zmienić.
                            Byłyśmy szczęśliwe.
                            Sama nie wiem dlaczego właśnie wtedy zaczęła pojawiać sią w mojej głowie
                            myśl: „Jeśli Lady kiedyś zabraknie, kupię sobie haflingera. Takiego już ułożonego, ośmio-,
                            dziesięcioletniego.” Nie rozumiałam zupełnie skąd te przemyślenia na temat Lady następcy.
                            Moja Mała przytyła co prawda od maja trochę, ale to przecież latem normalne. Spowolniała
                            też trochę, ale i to przy panujących upałach nie było powodem do niepokoju. Mój konik był
                            jednoznacznie zdrowy i zadowolony z życia.
                            Z tym poczuciem wyjechałam w lipcu na pięć tygodni.

                            *
                            Jakież jest moje zdziwienie, kiedy po powrocie z urlopu widzę moją klacz. Ma ogromny
                            brzuch i mimo tego zapadniete boki, mięśnie zadu - efekt regularnego treningu i moja
                            osobista duma – zniknęły, wymiona za to z wielkosci A doszły do DD.

                            Lady i źrebak? Tego nie było w żadnych planach! No i kiedy to miało się stać?
                            Po sąsiedzku stoi co prawda ogier – nawet całkiem niebrzydki i na dodatek o bardzo
                            ładnej farbie - izabelowaty, ale jego właścicielka zarzeka się, że u Lady nigdy nie był. No
                            chyba, że sam otworzył drzwi od swojego boksu, udał się do Małej, załatwił, co było do
                            załatwienia i jako prawdziwy gentleman, wrócił do siebie zamykając za sobą oczywiście
                            drzwi i nie wspominając nigdy , w żaden sposób o nocnej przygodzie.
                            Ciąża urojona? Wiem dobrze, że i to jest możliwe, znam klacz, której się to przytrafiło.

                            Cokolwiek by to nie było, wizyta weterynarza jest konieczna. Opiekująca się
                            wszystkimi stajnianymi końmi pani weterynarz przyjeżdża niestety w czasie mojej pracy i w
                            ten sposób nie mogę być obecna przy badaniu. Udzielam instrukcji koleżance, właścicielce
                            izabelowatego ogiera, na co mają zwrócić szczególną uwagę i czekam niecierpliwie
                            na diagnozę. Pani weterynarz dzwoni następnego dnia. Według niej nie mam się czym
                            martwić. Brzuch to pewnie efekt przejedzenia (hm, Lady spędzała tego lata najwyżej parę
                            godzin dziennie na łące), a wymiona - no cóż, to się czasem zdarza, to nadmiar płynów
                            limfatycznych. Mam poprostu jeździć jak zwykle.
                            Nawet probuje się trzymać tego zalecenia. Lady protestuje gwałtownie. Najwyraźniej
                            nie ma najmniejszego zamiaru oddalać się od stajni. Niby to problem dobrze mi znany. Czuję
                            jednak, że coś jest inaczej To nie jest zwykły upór. Mam nieodparte wrażenie, że moja klacz
                            nie ma siły. Każdy jej krok jest powolny, ociążały, oddech głośniejszy niż zwykle.
                            Jeśli nie jest źrebna, to na co jest chora?
                            Następna wizyta pani weterynarz. Tym razem nalegam na to, żeby badanie odbyło się
                            w mojej obecności. Jest 12 września 2006 roku. Z resztką nadzieji w głosie, w obawie przed
                            jakąś okropna diagnozą, pytam:
                            - A może to ciąża urojona?
                            - Ciąża urojona się nie rusza – odpowiada lekarka z ramieniem zanurzonym aż po
                            łopatkę we wnętrzu mojej klaczy.

                            Mam wrażenie, że cała moja krew spływa nagle do moich stóp, żeby następnie, również
                            w całości, w tempie ekspresowym podążyć do serca. Te podrygiwania, które czułam,
                            czyszcząc Lady to nie była żadna czkawka! W niej mieszka maleństwo, zupełnie nowe
                            stworzenie. Mój źrebak!

                            -

                            Kiedy poród? - pytam.
                            Koniec października, listopad .

                            Bardzo późny źrebak. No cóż. Pytam jeszcze, czy aby napewno mogę zostać w tej
                            stajni. Nie mam co prawda pojęcia o hodowli, ale jakby przez mgłe świta mi, że lepiej byłoby
                            do wyźrebienia , a później aż do odstawienia maleństwa mieć do tego przystosowaną stajnię.
                            Dowiaduję się jednak, że to nie konieczność, że mam jeszcze czas, i że właścicielka ogiera
                            nie ma żadnych zobowiązań w stosunku do mnie. Bo który to ogier, jest jasne – izabelowaty
                            gentleman.
                            Przeróżne myśli galopują w mojej głowie. Będę miała źrebaczka. Z mojej Małej.
                            Dzwonie do męża.

                            -

                            Lady jest w ciąży.
                            No ładnie. Czyli przez następne trzydzieści lat jesteśmy właścicielami koni.

                            Czy aby napewno ja jestem tą osobą, która jeszcze parę tygodni temu przysięgała :
                            Żadnych surowych koni. Czy koń może być bardziej surowy, niż tak prosto z brzucha?
                            Marsz Radetzkiego, kolejna galopada. A może to będzie izabelowaty ogierek? Pewnie,

                            że wezmę też i rudą klaczkę i będzie najpiękniejsza, ale taki ogierek w kolorze złota... Moje
                            myśli skaczą potęgę skoków.

                            Przez następne dni jestem trochę w ciąży. Odczuwam potrzebę budowania gniazda.
                            Proszę właścicielkę ogiera, Karinę, która jest jednocześnie dzierżawca stajni i której płacę
                            też za boks dla Lady, o pomoc. Płot wzdłóż Lady boksu i do niego należącego padoku
                            praktycznie nie istnieje, nie ma też dostatecznej osłony przed wiatrem. Co wystarczało dla
                            dorosłego, dobrze odżywionego konia, jest niewątpliwie za mało dla źrebaczka, którego moja
                            najbliższa przyjaciółka niedługo urodzi. Oboje mają mieć jak najlepiej. Ciepło, wygodnie i
                            bezpiecznie. Karina jednak nie ma czasu. 16tego września, w najbliższą sobotę ma urodziny.
                            Będzie je obchodzić w stajni. W przyszłym tygodniu... Mnie nie wolno samej nic robić. To
                            nie moja stajnia. Przyszły tydzień jest na szczęście już blisko, a termin porodu jeszcze daleko.
                            Jakoś wytrzymam.

                            Nareszcie sobota. Stajnia wysprzątana. Czas na urodzinową imprezę. Na początek
                            gry i zabawy na koniach. Nawet moja rodziny przychodzi popatrzeć. Fotografuję kolejnych
                            jeźdźców i w przerwach moją okrąglutką, pasącą się na łące klaczkę.

                            Jedz, Maleńka, jedz. Będziesz juz wkrótce dużo siły potrzebowała. A jutro zabierzemy
                            sie za urządzanie twojego domu.
                            Kiedy robi się ciemno zabieram Lady do stajni. Nie mam ochoty na urodzinowy zgiełk.
                            Siadam więc z moją Małą w boksie. W radiu Westernhagen śpiewa: „Johnny Walker, du bist
                            mein bester Freund”. Właściwie nie lubię radia w stajni. Ta piosenka , tego akurat wieczoru
                            jest jednak wyjątkiem. Czuję się jak 25 lat temu w klubie. Ktoś gra na gitarze, z oddali
                            słychać stajenne odgłosy , wszystko jest możliwe, życie właśnie się zaczyna i to jak...
                            Tymczasem moja kobyłka najwyraźniej tak się na łące najadła, że nie ma ochoty na
                            przygotowane dla niej siano. Jest zresztą bardzo ciepło, troche za ciepło jak na jej wrześniową
                            sierść. Mała się poci. Nie martwię się tym jednak. W końcu jest w ciąży. To napewno ciąża i
                            pogoda... Jest mi dobrze. Będziemy miały źrebaczka, moja Maleńka.
                            W międzyczasie robi się późno. Urodzinowi goście zaczynaja się rozchodzić. Koło
                            jedenastej i ja rozstaję się niechętnie z Lady. Wstajni zostaje solenizantka z dwiema
                            przyjaciółkami.

                            Chyba jakimś przeczuciem tknięta, idąc spać nie wyłączam tej nocy komórki. Ledwo
                            zdążyłam zasnąć, budzi mnie dzwonek telefonu. Spoglądam odruchowo na zegarek. Jest
                            krótko po płónocy. Jestem tak zaspana, że nie rozpoznaję nawet głosu w komórce:

                            -

                            Beata, chyba sie zaczyna. Przyjeżdżasz?

                            Co? Jak? Przecież miał być październik. Spodnie, sweter, klucze do samochodu.
                            Gdzie położylam tą cholerną komórkę? Jest. Śpijcie spokojnie. Maleńka bądź dzielna. Już
                            jadę. W ciągu dziesiąciu minut jestem w stajni. Teraz spokojnie do boksu. Byle Małej nie
                            przestraszyć. Zestresowane konie przerywają poród. Głęboki wdech i wydech, i jeszcze
                            jeden. Moje serce bije równomiernie. Świat jest w porządku. Po raz drugi tej nocy siedzę
                            wzruszona w Lady boksie. Za moimi plecami trzy dziewczyny filmują i robią zdjęcia swoimi
                            komórkami. Najchętniej byłabym teraz zupełnie sama z Mała, ale rozumiem ich ciekawość.
                            Tak więc mydlana bańka i już świat zewnętrzny przestaje istnieć. Jesteśmy tylko my dwie i ta
                            maleńka istota usiłująca wydostać się na świat. Najpierw dwa kopytka, zaraz za nimi nozdrza.
                            Lady jęczy i prze dzielnie. Jak mogę ci pomóc?
                            Jestem bezsilna, jestem oczarowana, jestem nieskończenie wdzięczna.
                            I wreszcie... Jakby czarodziejską siłą jednocześnie ciągnięte i popychane z brzucha Lady
                            wyślizguje się Maleństwo. I natychmiast panika. Błona płodowa nie pęka. Maleństwo jest
                            zamknięte w bańce jak najbardziej rzeczywistej. Gdzie jest ta komórka? Zaspany głos pani
                            weterynarz:

                            -

                            Rozrywaj, natychmiast. Inaczej się udusi.

                            Jedna z dziewczyn przejmuje komórkę. Jak dobrze, że one tu ze mną są. Przy pomocy
                            komórki i koleżanki zdalnie kierowana przez weterynarza odpakowywuję i nacieram mojego
                            źrebaczka. Jest złoty. Naprawdę. Śliczny, izabelowaty ogierek. 17 września 2006, godzina 1
                            minut 20, właśnie zaczęła się niedziela. Właśnie zaczęło się życie.

                            Jeszcze tylko odczekać, aż oboje wstaną i Mały zacznie ssać. Po czterdziestu długich
                            minutach najpierw Maleństwo, a w chwile po nim wstaje Lady. Źrebaczek próbuje w
                            pierwszym odruchu ssać moje spodnie. Pewnie przez to nacieranie myli mnie z mamą. Na
                            szczęście szybko się orientuje, gdzie jest źródło życiodajnego mleka. Teraz dopiero mam
                            czas bać się, czy Lady go przyjmnie, czy będzie miała wystarczająco dużo pokarmu. Jak na
                            pierwszego źrebaka jest już starą matką.
                            Moja kochana klacz, po pierwszym porodowym otumanieniu znajduje się w nowej roli
                            jednak doskonale. Wylizuje Maleństwo z resztek wilgoci, cierpliwie znosząc jego pierwsze,
                            niezbyt udane próby ssania, po czym popycha go w kierunku najlepiej wysłanego miejsca w
                            boksie, żeby mógł się wygodnie położyć.
                            W tym czasie dziewczyny opuszczają stajnie. Dziękuję, że wytrwałyście tak długo.

                            Siedzę zawinięta w Lady derkę – nad ranem jest jednak chłodno – i przyglądając sie

                            moim stworzeniom czekam na świt. Dwanaście metrów i trzy płoty od nas oddalone czeka
                            na świt pięć innych koni. I kiedy wreszcie słońce wschodzi, w jego pierwszych promieniach
                            jestem świadkiem powitalnego misterium. Moje Maleństwo odkrywa tamte konie i na tyle, na
                            ile już biegać potrafi, podbiega do ogrodzenia. Po raz pierwszy w swoim życiu odzywa się.
                            Słyszę jego cichutkie, delikatne, jeszcze jakby nieśmiałe rżenie. A tamta piątka, ustawiona jak
                            na paradzie w szeregu odpowiada z pięciu końskich gardeł jednocześnie.
                            Czy można zatrzymać czas?